Prawosławny monaster Św. Cyryla i Metodego

http://www.monasterujkowice.pl/books.php?b=12&c=6
Monaster w Ujkowicach » Wydawnictwa » Prawosławie a religia przyszłości
okładka książki

Autor: O. Seraphim Rose
Język: polski
Format: A5

VI. „Znaki z Niebios” - Prawosławne rozumienie niezidentyfikowanych obiektów latających (UFO)

Dziesięciolecia po zakończeniu drugiej wojny światowej stały się widownią nie tylko burzliwego rozwoju różnych wschodnich kultów religijnych oraz ich rosnącego wpływu na Zachodzie. Ujrzały one również narodziny i rozwój innego zjawiska, na pierwszy rzut oka wydawałoby się zupełnie nie związanego z religią, lecz po bliższym zbadaniu okazującego się – podobnie jak wschodnie kulty – znakiem „ery postchrześcijańskiej” i „nowej świadomości religijnej”. Owo zjawisko to „niezidentyfikowane obiekty latające”, które rzekomo miały być obserwowane niemal we wszystkich zakątkach świata od czasu, kiedy w 1947 roku zauważono pierwszy „latający talerz”.

Właściwe człowiekowi łatwowierność oraz zabobonność, charakterystyczne dla naszych czasów nie mniej niż dla innych momentów historii, doprowadziły do tego, że zjawisko to powiązano z „orszakiem z psychów” okrążającym kulturalny świat. Jednak zainteresowanie tym problemem przejawili również ludzie w miarę poważni i odpowiedzialni; państwowe placówki zorganizowały odpowiednie badania, a niektórzy uczeni napisali nawet książki na ten temat. Badania te nie osiągnęły pozytywnego rezultatu, jeśli chodzi o poznanie obiektów jako rzeczywistości fizycznej. Jednakże najnowsze teorie, wysunięte przez grupę uczonych dla wyjaśnienia owego fenomenu, wydają się być bliższe zadowalającego wyniku niż teorie wcześniejsze. Otóż najnowsze teorie doprowadzają nas do „granic rzeczywistości” (taki tytuł nosi zresztą jedna z nowszych książek naukowych na ten temat) – do granicy między rzeczywistością psychiczną a duchową, do zbadania której uczeni ci nie posiadają już naukowych instrumentów. Bogactwo wiedzy zawartej w Piśmie Świętym oraz w pismach Ojców Kościoła, a odnoszącej się właśnie do tej drugiej rzeczywistości, daje chrześcijaninowi uprzywilejowaną pozycję i wyjątkową możliwość, by móc ocenić te nowe hipotezy oraz samo zjawisko UFO w ogóle.

Chrześcijanin jednak mniej niż samymi fenomenami zainteresowany jest rodzajem umysłowości, mentalnością, jaka jest z nimi związana: jak ludzie najczęściej objaśniają UFO i dlaczego? Jednym z pierwszych, którzy w taki właśnie sposób podeszli do tego zjawiska w swych pracach naukowych, był wybitny szwajcarski psycholog Carl Gustaw Jung. W swojej książce z 1959 roku zatytułowanej Latające talerze: współczesny mit o rzeczach widzianych na niebie wyjaśnia te fenomeny przede wszystkim jako zjawisko o znaczeniu psychologicznym i religijnym. I choć sam nie próbuje zgłębiać ich jako „rzeczywistości obiektywnej”, niemniej prawidłowo wskazuje na tę sferę ludzkiej wiedzy, do której one rzeczywiście się odnoszą. Współczesne badania, chociaż ich punktem wyjścia była „obiektywna”, a nie psychologiczna strona problemu, nieuchronnie doszły do konieczności wysunięcia „psychicznej” hipotezy dla wyjaśnienia owego zjawiska.

Jeżeli chcemy zająć się zjawiskiem UFO z religijnego i psychologicznego punktu widzenia, powinniśmy przede wszystkim przemyśleć historię problemu za pomocą tych terminów, w jakich zwykle objaśniali zjawisko „latających talerzy” ci, którzy wierzyli w ich istnienie, od czasu pierwszych obserwacji w latach 40. Co ludzie gotowi byli zobaczyć na niebie? Odpowiedź na to pytanie znaleźć można w krótkim przeglądzie popularnej literatury fantastyczno-naukowej.

1. Duch fantastyki naukowej

Historycy fantastyki naukowej zazwyczaj sytuują jej narodziny na początku XIX stulecia. Niektórzy upatrują jej źródeł w opowiadaniach Edgara Allana Poego, łączących w sobie realizm opisu z „tajemną” i okultystyczną treścią. Inni za pierwszego twórcę fantastyczno-naukowego uważają angielską pisarkę Mary Wollstonecraft Shelley (żonę poety Percy B. Shelleya); jej Frankenstein albo współczesny Prometeusz, wiążący fantastykę naukową z okultyzmem, stal się z czasem punktem odniesienia dla wielu dzieł tego gatunku.

Typowe książki fantastyczno-naukowe pojawiły się jednak później, pod koniec XIX i na początku XX w, poczynając od Julesa Verne’a i Herberta Wellsa, aż po współczesnych autorów. Z podrzędnego gatunku literackiego, charakterystycznego dla amerykańskich „makulaturowych” wydawnictw periodycznych lat 30. i 40., fantastyka naukowa przeistoczyła się w następnych dziesięcioleciach w pełni uznany i szanowany na świecie gatunek literacki. Poza tym wiele obrazów filmowych, które osiągnęły niesłychany sukces, pokazuje, jak duch fantastyki naukowej zawładnął wyobraźnią szerokich mas. Tanie i sensacyjne filmy science-fiction z lat 50. ustąpiły miejsca modnym i „ideowym” obrazom w rodzaju Odysei kosmicznej 2001, Gwiezdnych wojen czy Bliskich spotkań trzeciego stopnia, nie wspominając już o najpopularniejszym i najdłuższym z telewizyjnych seriali – Gwiezdnym safari.

Duch fantastyki naukowej wypływa z filozofii czy też ideologii, która częściej pozostaje w domyśle niż jest wyrażona bezpośrednio w słowach, z którą zgadzają się praktycznie wszyscy twórcy science-fiction. Filozofię tę można z grubsza zawrzeć w następujących stwierdzeniach:

1. Religia – w tradycyjnym sensie – jest nieobecna albo traktowana powierzchownie lub błędnie. Ten gatunek literacki sam w sobie jest bez wątpienia produktem ery „postchrześcijańskiej” (co widać już w utworach Poego i Shelley). W fantastyce naukowej wszechświat przedstawiany jest w sposób całkowicie świecki, choć niekiedy z mistycznymi elementami wschodnimi bądź okultystycznymi. „Bóg”, jeżeli w ogóle jest wspominany, to jedynie jako nieokreślona i bezosobowa siła (na przykład „Moc” w Gwiezdnych wojnach – energia kosmiczna, posiadająca zarówno swoją dobrą, jak i złą stronę). Rosnąca fascynacja współczesnego człowieka tematyką science-fiction to najlepsze świadectwo zagubienia tradycyjnych wartości religijnych.

2. W centrum fantastyczno-naukowego Wszechświata (w miejscu nieobecnego Boga) pojawia się człowiek – zwykle nie taki, jakim jest obecnie, lecz taki, jakim „stanie się” w przyszłości, zgodnie ze współczesną mitologią ewolucji. I chociaż w bohaterach fabuł science-fiction można jeszcze zobaczyć ludzi, to cały wysiłek autora skupia się na ich kontaktach z „super-manami” („nadludźmi”) różnego typu – od „wyżej rozwiniętych ras” przyszłości (a niekiedy i przeszłości) do przybyszów z innych galaktyk. Idea możliwości istnienia „wysoko rozwiniętego” rozumnego życia na innych planetach stała się częścią świadomości współczesnego człowieka w tak wielkim stopniu, że nawet poważne rozprawy naukowe (i półnaukowe) traktują ją jako coś zrozumiałego samo przez się. Jedna z popularnych serii książkowych (Erich von Daniken, Bogowie z kosmosu) przedstawia przypuszczalne świadectwa obecności w dawnych dziejach ludzkości „pozaziemskich istot”, czyli „bogów”, którym przypisane zostaje nagłe przebudzenie rozumu w człowieku, tak trudne do wyjaśnienia na gruncie zwykłej teorii ewolucji. Poważni uczeni w Związku Sowieckim zastanawiają się nad tym, czy zniszczenie Sodomy i Gomory nastąpiło w wyniku wybuchu nuklearnego, czy „pozaziemskie” istoty już przed wiekami odwiedzały Ziemię, czy Jezus Chrystus był „kosmonautą” i czy dziś, być może, nie stoimy u progu „drugiego przyjścia” rozumnych istot z przestrzeni kosmicznej17 . Nie mniej szacowni uczeni na Zachodzie tak bardzo wierzą w istnienie „pozaziemskich istot rozumnych”, że już od osiemnastu lat próbują nawiązać z nimi kontakt za pomocą radioteleskopów, obecnie zaś co najmniej w sześciu miejscach naszej planety astronomowie prowadzą poszukiwania rozumnych sygnałów z kosmosu. Z kolei współcześni „teologowie” protestanccy i katoliccy, którzy przywykli podążać za nauką, dokądkolwiek by ona prowadziła, debatują nad nowymi problemami w dziedzinie „ekzotologii” („teologii przestrzeni kosmicznej”), dotyczącej możliwej natury „pozaziemskich ras”18. Nie da się zaprzeczyć, że świat, który powołał do życia fantastykę naukową, posiada nieodpartą siłę przyciągania nawet dla wielu uczonych mężów naszych czasów.

Przyszłe „wyewoluowane” istoty w literaturze science-fiction niezmiennie przedstawiane są jako te, które „przerosły” ograniczenia współczesnego człowieczeństwa, zwłaszcza granice „osobowości”. Podobnie jak „Bóg” fantastyki naukowej, człowiek stał się zadziwiająco bezosobowy. W książce Arthura Clarka Koniec dzieciństwa nowa rasa ludzka podobna jest do dzieci, lecz z twarzami pozbawionymi oznak indywidualności; są oni już przygotowani, by poprowadzono ich przez dalsze „ewolucyjne” transformacje, żeby w końcowym rezultacie stać się bezosobowym „nadrozumem”. W ogóle literatura science-fiction, w odróżnieniu od chrześcijaństwa (za to w zgodzie z niektórymi szkołami wschodniej myśli), postrzega „ewolucyjny rozwój” oraz „duchowość” jako wciąż wzrastającą depersonalizację.

3. Fantaści widzą przyszłość świata i ludzkości jako „projekcje” dzisiejszych odkryć naukowych. W gruncie rzeczy jednak te „projekcje” zadziwiająco przypominają codzienną rzeczywistość okultystycznych i otwarcie demonicznych doświadczeń wielu wieków. Wśród cech, które posiadają „wysoko rozwinięte” istoty przyszłości, znajdziemy między innymi: telepatię, umiejętność lewitowania, materializowania i dematerializowania, zmieniania widzialnej formy rzeczy lub stwarzania iluzorycznych scen czy istot siłą „czystej myśli”, zdolność poruszania się z szybkością o wiele przewyższającą możliwości współczesnej techniki, opanowywania ciał mieszkańców Ziemi; a także rozwijanie „duchowej” filozofii, jaka „przewyższy wszystkie religie” i obiecuje stan, w którym „rozwinięte istoty rozumne” nie będą już więcej zależne od materii. Wszystko to są typowe chwyty i obietnice czarowników i biesów. W nowej książce na temat historii science-fiction zauważono, że „współczesnym aspektem fantastyki naukowej jest dążenie do wyjścia poza granice normalnego doświadczenia [...] za pośrednictwem wyobrażenia osób i zdarzeń, które pokonują granice czasu i przestrzeni w takim sensie, w jakim je znamy”. Scenariusze Gwiezdnego safari czy innych historii science-fiction, z ich futurologicznymi „naukowymi” wynalazkami, czyta się niekiedy jak urywki z żywotów dawnych świętych prawosławnych, w których opisywano działanie czarowników w czasach, gdy czarownictwo było jeszcze jednym z głównych przejawów pogańskiego życia. W ogóle fantastyka naukowa nie jest ani za bardzo naukowa, ani futurologiczna – już prędzej cofa się ona do „mistycznych” źródeł współczesnej nauki, do nauki przedoświeceniowej, która jest znacznie bliższa okultyzmowi. Ta sama praca na temat historii science-fiction stwierdza, że „korzenie fantastyki naukowej, jak i korzenie samej nauki, tkwią w magii i mitologii”. Dzisiejsze badania i eksperymenty w dziedzinie „parapsychologii” także wskazują na postępujące przenikanie się nauki i okultyzmu – jest to wizja, z którą fantastyka naukowa znajduje się w pełnej zgodzie.

Science-fiction w Związku Sowieckim (gdzie gatunek ten jest popularny tak samo jak na Zachodzie, choć rozwija się nieco inaczej) zajmuje się tymi samymi problemami, co i na Zachodzie. W ogóle tematyka „metafizyczna” w sowieckiej fantastyce naukowej (która rozwija się pod bacznym okiem cenzorów-materialistów) ewoluuje pod wpływem zachodnich autorów lub pod bezpośrednim oddziaływaniem hinduizmu, jak w przypadku pisarza Iwana Jefremowa. Czytelnik literatury science-fiction, mówiąc słowami Grebensa, „pozostaje z całkowicie chwiejną sposobnością krytycznej oceny różnicy między nauką a magią, między uczonym a czarownikiem, między przyszłą realnością a fantazją”. ”Fantastyka naukowa i na Wschodzie, i na Zachodzie – twierdzi tenże autor – dowodzi, podobnie jak inne aspekty współczesnej kultury, że najwyższym stopniem humanizmu jest okultyzm”19 .

4. Fantastyka naukowa, jako gatunek futurologiczny, niemal z samej swojej natury skłania się ku utopii; wiele powieści lub opowiadań jest w całości wypełnionych opisem doskonałych społeczeństw przyszłości, w większości pozostałych zaś autorzy mówią o „ewolucji” współczesnego społeczeństwa, prowadzącej je do czegoś wyższego, lub o spotkaniach z wyżej rozwiniętymi cywilizacjami, które przynoszą nadzieję na rozwiązanie dzisiejszych problemów i poradzenie sobie ze wszystkimi niedostatkami ludzkości. „Doskonałe istoty” z przestrzeni kosmicznej często posiadają zdolność „wszechwiedzy”, zaś lądowania statków kosmicznych na Ziemi często zapowiadają „apokaliptyczne” zdarzenia – zazwyczaj zstąpienie życzliwych istot, które chcą kierować ludźmi w ich „ewolucyjnym doskonaleniu się”.

Można powiedzieć, że literatura science-fiction XX wieku jest wymownym znakiem utraty chrześcijańskich wartości i chrześcijańskiego spojrzenia na świat; stała się ona potężnym środkiem rozpowszechniania niechrześcijańskiej filozofii oraz poglądów na życie i na historię, pozostając w gruncie rzeczy pod nieskrywanym lub zamaskowanym wpływem okultyzmu i wschodnich religii; w krytycznym czasie kryzysów oraz stanów przejściowych ludzkości stała się ona główną siłą, zmuszającą do nadziei czy nawet do oczekiwania na „gości z kosmosu”, którzy rozwiążą wszystkie problemy ludzkości i powiodą człowieka ku nowemu „kosmicznemu” wiekowi w historii. I chociaż na pozór literatura science-fiction nie jest religijna, lecz naukowa, to w rzeczywistości jest ona jedną z głównych form apostolstwa (w świeckiej formie) owej „nowej świadomości religijnej”, która zaleje ludzkość w miarę ustępowania chrześcijaństwa.

Należy koniecznie o tym wszystkim pamiętać, gdy przystępujemy do analizowania rzeczywistych informacji o pojawieniu się „niezidentyfikowanych obiektów latających”, stanowiących zadziwiającą odpowiedź na pseudoreligijne nadzieje, jakie nagromadziły się w człowieku ery „postchrześcijańskiej”.

2. Spotkania z UFO i ich naukowe badania

Chociaż fantastyka w pewien sposób przygotowała ludzi na pojawienie się UFO, nie możemy oczywiście przy „obiektywnej” ocenie rzeczywistości tego zjawiska opierać się na literaturze bądź na ludzkich nadziejach i pragnieniach. Zanim więc przejdziemy do kwestii, czym jest UFO naprawdę, powinniśmy zapoznać się z faktami dotyczącymi natury i wiarygodności badań, które były prowadzone w tej dziedzinie. Czy rzeczywiście istnieje coś „tam”, na niebie, czy też jest to wynik wypaczonego postrzegania oraz psychologicznego i pseudoreligijnego dążenia, by „przyjmować pragnienie za realność”?

Zasługujący na zaufanie opis fenomenu UFO przedstawił francuski uczony, który mieszka obecnie w Kalifornii – dr Jean Yallee, uchodzący za wysokiej klasy specjalistę w dziedzinie astrofizyki i cybernetyki oraz związany od wielu już lat z naukową analizą problemu UFO. Jego świadectwo jest dla nas szczególnie cenne również z tego powodu, że badał on uważnie spotkania z UFO poza Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza we Francji, i dzięki temu może nakreślić obiektywną międzynarodową mapę rozprzestrzeniania się tego zjawiska20 .

Doktor Yallee uważa, że chociaż niezidentyfikowane obiekty latające były widywane od czasu do czasu w minionych wiekach, to ich „współczesna historia”, jako masowego zjawiska, zaczyna się bezpośrednio po drugiej wojnie światowej. Ameryka zaczęła interesować się nimi po zaobserwowaniu ich w 1947 roku, jednak w Europie już wcześniej widziano kilka razy dziwne, świecące obiekty, którymi, jak się wydawało, kierowały istoty rozumne. W 1946 roku, zwłaszcza w lipcu, miała miejsce cała seria spotkań z nimi w Szwecji i innych krajach Europy Północnej. Obiekty zauważone podczas tej „skandynawskiej fali” brano początkowo za „meteory”, potem za „rakiety” (lub „przywidzenia rakiet”) czy „bomby”, w końcu zaś za „powietrzne statki nowego typu”, zdolne do niezwykłych manewrów na niebie i nie pozostawiające śladów na ziemi, nawet jeżeli przypuszczano, że lądowały. Prasa europejska była pełna doniesień o tej fali dziwnych obserwacji, a w Szwecji mówiono o nich wszędzie; zarejestrowano około tysiąca przypadków zaobserwowania nieznanych obiektów, lecz ani razu nie została wysunięta hipoteza o ich „pozaziemskim” czy „międzyplanetarnym” pochodzeniu. Doktor Yallee uważa, że powodem owej „fali” były istniejące, lecz nierozpoznane obiekty, a nie jakiekolwiek wcześniejsze „słuchy o UFO” czy „oczekiwanie gości z kosmosu”. W kolejnych „falach latających talerzy” dostrzega on brak związku między wzrastającą popularnością fantastyki naukowej a szczytem aktywności UFO; wcześniej „fal latających talerzy” nie obserwowano, chociaż ogólna panika w Ameryce, jaka wybuchła po audycji radiowej Orsona Wellsa Wojna światów (według utworu Herberta George’a Wellsa), miała miejsce w 1938 roku. Doktor Yallee dochodzi do wniosku, że „narodziny, rozwój i rozprzestrzenienie się fenomenu UFO są zjawiskiem obiektywnym, niezależnym od świadomego czy nieświadomego wpływu świadków oraz od ich reakcji na obiekty”.

Pierwsze spotkanie, którego relacja stała się własnością publiczną, miało miejsce w Ameryce. Komiwojażer lecący własnym samolotem zauważył dziesięć dyskopodobnych przedmiotów, przypominających nieco talerze przelatujące obok gór w stanie Waszyngton. Jego opowieść podchwyciły gazety i tak zaczęła się „era latających talerzy”. Interesujące jest jednak, że nie była to pierwsza tego typu obserwacja w Ameryce: kilka przypadków nigdzie nie opublikowanych miało miejsce parę miesięcy wcześniej. Fala UFO przetoczyła się także przez Węgry w czerwcu 1947 roku (zanotowano pięćdziesiąt informacji na ten temat). Wszystkich tych spotkań i obserwacji nie można uważać jedynie za rezultat histerii. Przypadków zaobserwowania UFO w 1947 roku w Ameryce było szczególnie wiele, zwłaszcza w czerwcu, lipcu i sierpniu. I chociaż niektóre gazety zaczynały nieśmiało pisać o „międzyplanetarnych gościach”, to jednak uczeni nie traktowali tych doniesień serio – przypuszczano, że są to produkty wysoko rozwiniętej ludzkiej techniki, najprawdopodobniej amerykańskiej, a być może także rosyjskiej.

Druga fala – w lipcu 1948 roku – przetoczyła się przez Amerykę i Francję. W USA doszło do spektakularnego nocnego spotkania, kiedy to lotnicy pilotujący samolot D-3 linii lotniczych Eastern Airlines zauważyli statek powietrzny z dwoma rzędami „iluminatorów”, podobny do torpedy, otoczony błękitnym blaskiem i z ogonem pomarańczowych płomieni. Statek ten wykonał gwałtowny manewr, unikając zderzenia z samolotem, i zniknął. W sierpniu tegoż roku w Sajgonie i innych rejonach Azji Południowo-Wschodniej wiele razy obserwowano na niebie „podłużne obiekty podobne do rakiet”.

Rok 1949 przyniósł wiadomości o dziwnych dyskach i sferach w Szwecji oraz o wielkiej liczbie spotkań z UFO w Ameryce, przy czym dwie obserwacje były udziałem doświadczonych badaczy-astronomów. Lata 1950-51 również obfitowały w tego typu przypadki, szczególnie w USA i w Europie, jednak dopiero w roku 1952 miała miejsce pierwsza wielka międzynarodowa fala UFO, które pojawiało się zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, we Francji i w Afryce Północnej. W kulminacyjnym momencie tej fali pojawiły się dwa sensacyjne doniesienia o zaobserwowaniu tajemniczych obiektów nad Białym Domem i nad Kapitolem w Waszyngtonie (w przestrzeni stale kontrolowanej przez radary). W sierpniu fala ogarnęła Danię, Szwecję, północne Niemcy i Polskę. Jednocześnie z Francji dotarły pierwsze informacje o „lądowaniu” UFO i opis „maleńkich ludzików”.

W 1953 roku UFO nie pojawiało się falami, zanotowano jednak pewną liczbę oddzielnych obserwacji. Najbardziej znacząca z nich miała miejsce w mieście Bismarck w Północnej Dakocie, gdzie cztery tajemnicze obiekty w nocy przez trzy godziny wisiały i manewrowały w powietrzu nad stacją filtrów; oficjalny raport o tym zdarzeniu zajął kilkaset stron, łącznie z zeznaniami wielu świadków, w tym lotników i żołnierzy.

Największa międzynarodowa fala UFO, jaka w ogóle miała miejsce, przetoczyła się przez świat w 1954 roku. Francja została dosłownie zalana doniesieniami o coraz to nowych zdarzeniach – we wrześniu, październiku i listopadzie pisano o dziesiątkach spotkań i obserwacji każdego dnia. Ta francuska fala jasno ukazała ludziom poważnie zajmującym się badaniem UFO pewien problem. Jak pisze Jean Yallee: „To zjawisko osiągnęło tak wielkie rozmiary, wywarło tak wstrząsające wrażenie na opinii publicznej i spowodowało tak emocjonalną reakcję gazet, że apetyty uczonych zostały zgaszone na długo przed tym, kiedy można było zorganizować poważne badania naukowe. W rezultacie żaden uczony nie chciał narażać na szwank swojej reputacji, oficjalnie zajmując się tak nacechowanym emocjonalnie fenomenem; francuscy uczeni zachowywali milczenie, dopóki fala nie przetoczyła się i nie zamarła”.

Francuska fala przyniosła ze sobą również typowe charakterystyki późniejszych spotkań z UFO: „lądowania” (z opisem określonych okoliczności), promienie światła wysyłane przez UFO do świadków, gaśniecie silnika w pobliżu miejsca spotkania, dziwne, maleńkie istoty w „skafandrach”, traumatyczne przeżycia świadków i ślady pozostawione także na ciele.

Od 1954 roku na świecie zanotowano wiele tego typu zdarzeń, z wielkimi międzynarodowymi falami w latach 1965, 1967 i 1972-73. Szczególnie liczne i znaczące były spotkania w Ameryce Południowej.

Najbardziej znane badanie UFO przeprowadzone przez organizacje państwowe to trwające od 1951 do 1969 roku badanie nazwane Projektem Błękitnej Księgi, zakończone opublikowaniem tzw. Raportu Condona opracowanego przez zespół uczonych, któremu przewodniczył jeden z czołowych fizyków Uniwersytetu Colorado. Każdy, kto z bliska obserwował pracę Komitetu Condona, mógł przekonać się, że uczeni ci nie traktowali fenomenu UFO serio, a zajmowali się głównie „opinią publiczną”. Pragnęli wyjaśnić zagadkowe zjawisko tajemniczych obiektów, aby uleczyć ludzi ze strachu przed nimi. Niektóre z grup zajmujących się „latającymi talerzami” obwiniały rząd USA, że wykorzystuje te badania jako zasłonę dymną dla ukrycia swej prawdziwej wiedzy o „rzeczywistej naturze” UFO; wszystkie świadectwa mówią jednak o tym, że badania te były przeprowadzone bardzo niedbale i nikt z uczonych nie traktował ich poważnie – zwłaszcza po tym, jak niektóre całkiem już dziwne historie o UFO zniechęciły badaczy. Pierwszy dyrektor Projektu Błękitnej Księgi, kapitan Edward Ruppelt przyznał, że „gdyby siły wojenno-powietrzne postawiły sobie za cel zamącić i zagmatwać sprawę, to nie mogłyby tego uczynić lepiej. [...] Problem starano się zawikłać. [...] Wszystko oceniano z przyjętego już wcześniej punktu widzenia – że UFO nie istnieje”21 . Raport Condona zawiera kilka stereotypowych „wyjaśnień” fenomenu UFO; jedno z nich twierdzi na przykład, że „to niezwykłe zjawisko powinno być zaliczone do kategorii prawie bezspornie rzeczywistych zjawisk, które mają miejsce tak rzadko, że nie były, rzecz jasna, obserwowane nigdy przedtem, ani potem”. Główny konsultant naukowy Błękitnej Księgi w ciągu niemal dwudziestu lat istnienia projektu, astronom z Uniwersytetu Północno-Zachodniego Allen Hynek otwarcie nazywa to wszystko „pseudonaukowym projektem”22 .

W ciągu dwudziestu lat badań, jakiekolwiek by one były, naukowcy pracujący nad Projektem Błękitnej Księgi zebrali informacje o ponad 1200 dziwnych zjawiskach niebieskich, z których co czwarte pozostawało „zagadkowe” nawet po wykorzystaniu wszystkich dowolnie naciąganych „objaśnień”. Wiele tysięcy innych przypadków zebrały i zbierają nadal prywatne organizacje na całym świecie, mimo że niemal wszystkie organizacje rządowe powstrzymują się od jakiejkolwiek wzmianki na ich temat. W ZSRR po raz pierwszy poruszono publicznie tę kwestię w 1967 roku, kiedy dr Feliks Zigel z Moskiewskiego Instytutu Lotniczego w czasopiśmie Smiena wspomniał, że „sowieckie radary wyłapują niezidentyfikowane obiekty latające od dwudziestu lat23. W tym czasie w ZSRR, pod przewodnictwem ormiańskiego astronoma Wiktora Ambarcumiana, odbyła się dotycząca kosmicznych cywilizacji konferencja naukowa, podczas której padła zachęta do rozwiązywania naukowych i technicznych problemów związanych z komunikacją z podobnymi „cywilizacjami”, których istnienia nie podawano w wątpliwość. Rok później jednak temat UFO w ZSRR został zakazany. Od tej pory sowieccy uczeni o swych badaniach i hipotezach mogli opowiedzieć swoim zachodnim kolegom tylko podczas prywatnych spotkań.

W Stanach Zjednoczonych problematyka UFO dla pracowników naukowych i wojskowych pozostaje nieco „poza granicami nauki”; w ostatnich latach jednak coraz więcej uczonych, zwłaszcza młodych, zaczęło odnosić się do tej kwestii poważnie. Postanowili oni wyjaśnić ów fenomen oraz poszukać właściwej metody zbadania go. Doktorzy Hynek i Yallee mówią o „niewidzialnym college’u” uczonych, którzy obecnie aktywnie zajmują się problemem UFO, chociaż większość z nich nie życzy sobie, by ich nazwiska były publicznie wymieniane i kojarzone z tą tematyką.

Istnieją oczywiście i tacy, którzy nadal kategorycznie zaprzeczają tym zjawiskom, objaśniając je jako branie rzeczywistych obiektów, aerostatów, samolotów itd. za UFO, nie wspominając już o szalbierstwach i psychologicznych „projekcjach”. Jeden z takich naukowców, Philip Klass, znajduje upodobanie w „demaskowaniu” UFO jako rzeczywistego zjawiska. Jego badania przekonały go, że „idea cudownych statków kosmicznych z dalekich planet jest w gruncie rzeczy czarującą bajką dla dorosłych”24. Tacy twardogłowi badacze częściej jednak ograniczają się do przypadków, w których mają do czynienia z rzekomo autentycznym materialnym dowodem lądowania UFO (tzw. „bliskie kontakty drugiego stopnia” – będzie o nich mowa poniżej); nawet najbardziej zagorzali obrońcy istnienia UFO muszą bowiem przyznać, że takich dowodów w przypadku najbardziej przekonywających wiadomości o UFO jest bardzo mało. Jedyne, co rzeczywiście przez całe lata zmuszało uczonych do zajmowania się tym problemem na poważnie, to nie materialne dowody owego fenomenu, lecz fakt, że wielu szacownych i zasługujących na zaufanie ludzi widziało coś nie poddającego się objaśnieniu, co wywarło na nich niezatarte wrażenie. Doktor Hynek pisze o swoich badaniach: „Zawsze miałem takie poczucie, że rozmawiam z człowiekiem, który opisuje realne wydarzenie. Dla niego czy dla niej nie było to jedno z wielu błahych przeżyć, było ono żywe i w żadnym stopniu nie podobne do snu, było to przeżycie, do którego obserwator zazwyczaj nie był w ogóle przygotowany, ale natychmiast rozumiał, że jest to nieporównywalne z niczym zjawisko”.

Połączenie realności wrażeń przy spotkaniach z UFO (zwłaszcza w „bliskich kontaktach”) z prawie zupełnym brakiem dowodów prowadzi do wniosku, że badanie UFO ze swej natury nie jest badaniem zjawisk fizycznych, lecz analizą relacji świadków, oceną ich wiarygodności, niesprzeczności itd. Już samo to sytuuje owe badania raczej w granicach psychologii. Powinno to również wystarczyć, by przekonać nas, że uporczywe poszukiwania „materialnych dowodów” to złe podejście do problemu. W tym kontekście wnioski Philipa Klassa, że „cudowne statki kosmiczne” to jedynie czarujące bajki dla dorosłych, nie są, być może, tak dalekie od prawdy. Zaobserwowanie UFO to jedno, zaś interpretacja, jaką ludzie nadają własnym (lub cudzym) obserwacjom, to zupełnie coś innego: pierwsze może być w pełni realne, drugie natomiast jest „czarującą bajką”, mitem naszych dni.

Doktor Hynek badał dużą liczbę spotkań z UFO i uczynił wiele, by wyeliminować spośród nich liczne naturalne, ludzkie pomyłki. Podkreśla on, że znaczna część obserwacji nie była udziałem wyznawców różnych kultów, lecz ludzi chwiejnych i niesolidnych. Wiele wiadomości przekazanych przez tego typu ludzi od razu oceniono jako nie zasługujące na zaufanie i nie weszły one w ogóle do materiału badawczego. Najbardziej szczegółowe i wyważone relacje pochodzą jednak od normalnych, odpowiedzialnych za swoje słowa ludzi, którzy są szczerze poruszeni lub wstrząśnięci swoim przeżyciem i nie wiedzą, co o tym wszystkim mają sądzić. Im silniejsze przeżycie, im bliżej świadek przebywał z UFO, tym mniej jest skłonny o tym opowiadać. Kartoteka relacji o UFO to – jak się wyraził jeden z generałów amerykańskiego lotnictwa – kolekcja „nieprawdopodobnych historii, opowiedzianych przez godnych zaufania ludzi”. Zdrowy rozsądek nie pozwala nam wątpić, że za wieloma tysiącami poważnych relacji o UFO musi się rzeczywiście coś kryć.

3. Sześć kategorii spotkań z UFO

Doktor Hynek, badający tę sprawę bardziej szczegółowo niż jakikolwiek inny znany uczony, dla uproszczenia podzielił fenomeny UFO na sześć kategorii. Pierwsza – „nocne obiekty świecące” – odnosi się do zjawisk najczęściej obserwowanych i budzących najmniejsze zdziwienie. Większość takich obiektów łatwo można rozpoznać jako ciała niebieskie, meteoryty itd. Nie są one identyfikowane z UFO. Prawdziwie zagadkowe „nocne obiekty świecące” (to znaczy te, które pozostają „niezidentyfikowane”) związane są z rozumną działalnością, nie mogą być jednak rozpoznane jako zwyczajny samolot i często widziane są przez wielu świadków, w tym policjantów, pilotów czy dyspozytorów lotniczych.

Druga kategoria UFO to „dzienne dyski”, które zachowują się podobnie jak „nocne obiekty świecące”. Są to osławione „latające talerze”. Prawie wszystkie niezidentyfikowane obiekty tej kategorii mają kształt dysku, choć dopuszczalne są różne warianty: od bardziej okrągłych do przypominających cygaro. Często wydają się one metaliczne i – zgodnie z relacjami świadków – są zdolne do nieprawdopodobnie szybkiego zatrzymania się i startu, a także charakteryzują się niezwykłą zwrotnością (na przykład nagła zmiana kierunku lub nieruchome zawisanie), niemożliwą do osiągnięcia przez znane w naszych czasach statki powietrzne. Istnieje wiele dokumentalnych zdjęć podobnych dysków, lecz wszystkie one nie są zbyt przekonujące z powodu znacznego oddalenia obiektów; nie wykluczone jest też hochsztaplerstwo. Podobnie jak i „nocne obiekty świecące”, UFO należące do tej kategorii prawie zawsze porusza się bezdźwięcznie; często widzi się je po dwa lub więcej jednocześnie.

Trzecia kategoria to przypadki „radarowo-wizualne”. Chodzi o lokalizację za pomocą radaru, potwierdzoną przez obserwację bezpośrednią (ponieważ sam sygnał radarowy może dawać wiele fałszywych wyobrażeń). Większość takich zdarzeń ma miejsce w nocy, najbardziej zaś spektakularne przypadki to obserwacje dokonane jednocześnie z kilku samolotów (niekiedy specjalnie podniesionych w powietrze w poszukiwaniu UFO) z dostatecznie bliskiej odległości. W takich wypadkach UFO zawsze manewruje szybciej od samolotów, niekiedy jest śledzone, ale w końcu znika, rozwinąwszy niesłychaną prędkość (do 4 tysięcy mil na godzinę). Czasami, jak to bywa też w dwóch omówionych wcześniej kategoriach, obiekt jakby się dzieli i przekształca w dwa lub więcej „zjawiska”. Zdarza się i tak, że obiekty te, doskonale widoczne przez lotników w powietrzu, w ogóle nie są rejestrowane na ekranach radarów. Spotkania tej kategorii, podobnie jak dwóch pierwszych, trwają od kilku minut do kilku godzin.

Wiele przypadków należących do trzech pierwszych kategorii potwierdzają świadectwa dużej liczby godnych zaufania, doświadczonych i niezależnych świadków. Niemniej, jak zauważył dr Hynek, każde z tych zdarzeń mogło zajść z powodu niezwykle rzadkiego zbiegu okoliczności, a nie z powodu jakiegoś nowego i nieznanego dotąd fenomenu. Kiedy jednak gromadzi się mnóstwo dobrze udokumentowanych relacji, zgadzających się ze sobą, prawdopodobieństwo tego, że są one jedynie błędną identyfikacją naturalnych obiektów, maleje niemal do zera. Jest to powód, dla którego poważni naukowcy zajmujący się problem UFO skupili obecnie swoją uwagę na zbieraniu dobrze udokumentowanych świadectw. Analiza porównawcza wielu wiarygodnych relacji zaczyna już ukazywać precyzyjne modele aktywności UFO.

Emocjonalna reakcja osób, których kontakty z UFO można zaliczyć do opisanych wyżej trzech kategorii, to jedynie konsternacja i niezrozumienie: zobaczyli oni coś prawdziwie niewytłumaczalnego i odtąd męczy ich pragnienie, by ujrzeć to coś „choć odrobinę bliżej”. Jedynie w nielicznych przypadkach – najczęściej u lotników, którzy próbowali śledzić UFO – pojawiał się strach przy spotkaniu z obiektem, który, jak wynikało to z pozoru, kierowany był przez istoty rozumne, a swoimi technicznymi możliwościami wyprzedzał dalece naszą współczesną technikę. Tymczasem w przypadku „bliskich kontaktów” ludzie przeżywają głębsze emocje i decydująca staje się „psychiczna” strona fenomenu.

„Bliskie spotkania pierwszego stopnia” (BS-1) to obserwacje świecących obiektów z niedużej odległości (około 500 stóp lub mniej), przy czym światło często jest bardzo jaskrawe i wywołuje luminescencje znajdującej się pod nim ziemi. Gdy opisywano kształt obiektu, porównywano go zwykle do owalu, niekiedy z kopułą na górze. Ognie z kolei często bywają określane jako wirujące, zwykle przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Nierzadko obiekty zawisają nisko nad ziemią, bezszelestnie lub z niewielkim szumem, czasami przesuwają się tuż nad samą ziemią, pokonując znaczne odległości, znikają natomiast zazwyczaj z nieprawdopodobną prędkością, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku i – jest to niemal reguła – unoszą się pionowo w górę. Relacji o tego typu „bliskich spotkaniach”, których świadkami było jednocześnie kilka osób, jest dosyć wiele. We wszystkich świetnie udokumentowanych przypadkach relacje świadków zgadzają się, jak gdyby chodziło o rzeczywistą obserwację tego samego obiektu (lub obiektów identycznych). Jest prawidłowością, że wszystkie takie kontakty miały miejsce nocą w bardzo oddalonych od siebie miejscach, a każde zdarzenie miało po kilku świadków (w przypadkach badanych przez dra Hynka średnio trzech lub czterech).

„Bliskie spotkania pierwszego stopnia” zawsze są wstrząsające i często przypominają koszmar, nigdy jednak nie zostawiają po sobie żadnych widocznych śladów; świadkowie są zazwyczaj tak wstrząśnięci tym, co zobaczyli, że zapominają zrobić zdjęcia, nawet jeśli mają pod ręką aparat. Typowe wrażenie, jakie wywołuje na świadku takie spotkanie, zostało opisane przez jedną z osób, która zobaczyła UFO w 1955 roku: „Uwierzcie mi, że jeśli ktokolwiek zobaczy taki obiekt tak blisko chociażby przez jedną minutę, to wryje się to mu w pamięć aż do śmierci”. Owe zetknięcia są tak niezwykłe, że często nikt nie wierzy w opowiadania świadków – jest to powód, dla którego wielu mówi o tym w sekrecie, po upływie całych lat, lub w ogóle milczy. Takie zdarzenia w większym stopniu są rzeczywiste dla tych, którzy je przeżyli – dla wszystkich pozostałych są one całkowicie nieprawdopodobne.

Typowy „bliski kontakt pierwszego stopnia” przeżyli w 1966 roku dwaj pomocnicy szeryfa z Portage County, w stanie Ohio. Szesnastego kwietnia około 500 rano, gdy zatrzymali się obok samochodu zaparkowanego na poboczu drogi, ujrzeli w powietrzu obiekt „wielki jak dom”, który opuścił się na wysokość wierzchołków drzew. Potem przybliżał się do ludzi, świecąc coraz silniej i w miarę zbliżania się oświetlał wszystko wokół jaskrawym światłem, aż w końcu zawisł nad nimi z cichym brzęczeniem. Następnie obiekt zaczął się oddalać, oni zaś podążali za nim jeszcze przez około 70 mil do granicy stanu Pensylwania z szybkością 105 mil na godzinę. Dwóch innych policjantów również wyraźnie widziało ów obiekt, kiedy podniósł się on wyżej, a później wzbił się nagle w górę i zniknął. Wszystko działo się o świcie. Żądanie Kongresu zmusiło realizatorów Projektu Błękitnej Księgi do zbadania tego przypadku; „wyjaśniono” go jako „zaobserwowanie planety Wenus”, zaś oficerowie, którzy powiadomili o zajściu, stali się ofiarami napaści i drwin ze strony prasy – w rezultacie doprowadziło to do rozbicia rodziny jednego z nich, jego zdrowie zostało nadszarpnięte, a kariera złamana. Osobiste tragedie, podobne do tej, stały się wśród ludzi, którzy mieli „bliskie kontakty pierwszego stopnia”, tak często spotykane, że należałoby je włączyć do „typowych charakterystyk” owego fenomenu.

„Bliskie spotkania drugiego stopnia” (BS-2) w istocie przypominają BS-1, różnią się jednak tym, że pozostawiają po sobie niekiedy uderzające fizyczne i (lub) psychiczne ślady swej obecności. Do takich śladów należą: znaki na ziemi, spalone lub nadpalone drzewa oraz inna roślinność, wpływ na urządzenia elektryczne wywołujący zakłócenia czy powodujący gaśniecie silników samochodowych, niepokój u zwierząt przejawiający się w nienormalnym zachowaniu, a także oddziaływanie na ludzi rozpoznawalne w formie czasowego paraliżu lub oniemienia, żaru, duszności i innych nieprzyjemnych uczuć, czasowej utraty ciężaru (prowadzącej niekiedy do lewitacji), nagłego uwolnienia się od cierpień i bólów, pojawienie się różnorodnych psychicznych i fizycznych następstw, na przykład niezwykłych śladów na ciele. Spotkania z UFO tego rodzaju dają największe możliwości badaniom naukowym, gdyż poza relacjami świadków istnieją dowody rzeczowe, które można zbadać. W rzeczywistości jednak takich badań przeprowadzono bardzo mało, po części dlatego, że same dowody były niewystarczające lub w dużej mierze – subiektywne. Opracowano katalog, w którym na dwudziestu czterech stronach zestawiono osiemset tego typu przypadków. Ani razu jednak nie odnaleziono choćby jednej prawdziwej „części” UFO, pozostawione zaś na ziemi znaki okazały się tak samo zagadkowe jak tajemnicze obiekty. Najczęściej ślady po lądowaniu (kiedy UFO znajdowało się na ziemi lub unosiło się bezpośrednio nad tym miejscem) to wypalone, wysuszone lub wgłębione działki w formie obrączki o średnicy 20-30 stóp i grubości 1-3 stóp. Owe „obrączki” nie znikały przez wiele tygodni i miesięcy a są nawet udokumentowane przypadki, że przez rok lub dwa lata ziemia wewnątrz obrączki pozostawała jałowa. Chemiczne analizy pobranych próbek gruntu z tych miejsc nie pozwalają na wysnucie jakichkolwiek wniosków o naturze owego zjawiska.

„Bliskie spotkania drugiego stopnia” przytrafiają się ludziom, którzy znajdują się w nocy na opustoszałych odcinkach dróg. W wielu podobnych przypadkach świecący obiekt ląduje nieopodal w polu lub na drodze przed samochodem osobowym lub ciężarówką; silnik i reflektory samochodu przestają działać, a siedzący w środku ludzie z przerażeniem patrzą na UFO, dopóki nie zniknie – najczęściej czyni to, podrywając się w górę niespodziewanie i bezdźwięcznie; potem silnik samochodu znów zaczyna pracować, niekiedy zapala się samoczynnie.

Najstraszniejsze jednak kontakty z UFO to – zgodnie z relacjami – „bliskie spotkania trzeciego stopnia” (BS-3), a zwłaszcza spotkania z „istotami ożywionymi” („pasażerami” lub „humanoidami”). Pierwsza reakcja większości ludzi, którzy słyszą o podobnych zdarzeniach, to wizja „maleńkich zielonych ludzików”, a następnie lekceważące machnięcie ręką i uznanie całego zajścia za oszustwo lub halucynację. Jednakże sukces niedawno nakręconego w USA filmu, który nosi taki sam tytuł, jak opisywana wcześniej kategoria kontaktów z UFO – Bliskie spotkania trzeciego stopnia (konsultantem naukowym był dr Hynek), a także badania przeprowadzone przez naukowców w Instytucie Gallupa z 1974 roku, wskazujące, że 5 procent tych, którzy słyszeli o UFO, wierzy w ich rzeczywiste istnienie, zaś 46 procent wszystkich ankietowanych wierzy w rozumne życie na innych planetach25 – wszystko to świadczy o coraz szybciej wzrastającej gotowości współczesnego człowieka, by uznać ideę realnych kontaktów z „nieludzkim rozumem”. Fantastyka naukowa zrodziła obrazy, „ewolucja” stworzyła filozofię, a technologia „wieku kosmicznego” zabezpieczyła możliwość takich kontaktów.

Jest to porażające, ale tego typu kontakty miały już widocznie miejsce w rzeczywistości w naszych czasach, jak potwierdzają to relacje wielu godnych zaufania świadków. To z kolei oznacza, że pierwszorzędnego znaczenia nabiera interpretacja – wyjaśnienie, jakie powinno być przypisane tym wydarzeniom. Czy stoi za nimi rzeczywisty kontakt z „gośćmi z kosmosu”, czy też jest to wymuszone przez „ducha czasów” objaśnienie kontaktów zupełnie innego rodzaju? Jak zobaczymy poniżej, współcześni naukowcy badający problem UFO również postawili to pytanie.

Doktor Hynek przyznaje się, że najchętniej zanegowałby samą możliwość spotkań BS-3: „Otwarcie mówiąc, byłbym bardzo zadowolony, gdyby dało się obejść ten problem milczeniem. I zrobiłbym to, gdybym nie naruszał tym samym naukowej zasady sumienności”. Jednakże dąży on do zachowania naukowej obiektywności i uznaje za niemożliwe zignorowanie dobrze udokumentowanych przypadków tego dziwnego fenomenu, poświadczonych przez wiarygodnych świadków. Doktor Hynek wspólnie z drem Yallee skatalogował prawie 1250 „bliskich spotkań”. W 750 z nich jest mowa o lądowaniu statków, a w ponad 300 – o „humanoidach” znajdujących się w środku lub w pobliżu statku, przy czym około 100 ostatnich to przypadki potwierdzone przez wielu naocznych świadków.

Oto jeden z takich przypadków spotkania z „humanoidami”, który miał miejsce w 1961 roku na terytorium jednego z północnych, równinnych stanów USA. Czworo myśliwych wracało późno do domu, gdy jeden z nich dostrzegł nagle płomienisty obiekt spadający w dół. Wydało mu się, że to samolot, który uległ awarii i upadł na drogę, pół mili od nich. Kiedy znaleźli się na miejscu „awarii”, wszyscy czterej zobaczyli obiekt w kształcie podłużnego cylindra, który wbił się pod kątem prostym w ziemię na polu, zaś wokół niego stały cztery postacie przypominające ludzi (dzieliła ich odległość około 160 metrów). Poświecili reflektorami na jedną z figur, która miała około 130 centymetrów wysokości i ubrana była w coś w rodzaju białego kombinezonu; figura dała znak, by nie podchodzili. Długo nie zwlekając, myśliwi (wciąż myśleli, że to awaria samolotu) pojechali na poszukiwanie policji. Kiedy wrócili, zobaczyli tylko kilka słabych czerwonych ogników, podobnych do świateł samochodu. Razem z policjantem wjechali na pole i podążyli za ognikami, lecz nagle spostrzegli, że ognie znikły absolutnie bez śladu. Kiedy zdenerwowany policjant odjechał, myśliwi znów zobaczyli „cylinder”, który z czerwonawym połyskiem opuszczał się z nieba. Kiedy obiekt wylądował, natychmiast obok niego pojawiły się dwie figury i wtedy rozległ się wystrzał (żaden z myśliwych nie przyznaje się, że to on wystrzelił). Jedna z postaci, „ranna” w ramię (dało się słyszeć głuche uderzenie), odwróciła się i padła na kolana. Myśliwi w panice rzucili się do samochodu i uciekli, po drodze postanowili nie opowiadać nikomu o całym zdarzeniu. Powrócili do domów z dziwnym wrażeniem, jakby w ciągu nocy zagubili jakiś odcinek czasu. Następnego dnia jednego z tych ludzi odwiedziło w pracy kilku elegancko ubranych mężczyzn, wyglądających na „oficjalnych przedstawicieli”. Zadawali mu pytania na temat wypadku (nie wspomniał o wystrzale), potem odwieźli go swoim samochodem do domu, gdzie oglądali jego odzież i obuwie, a następnie odjechali, poprosiwszy przedtem, by nikomu nie wspominał o zdarzeniu. Myśliwy przypuszczał, że byl

© Monaster Św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach - monasterujkowice.pl - Wszystkie prawa zastrzeżone.